Komentarz do Słowa Bożego 18 Niedziela

Wj 16, 2-4.12-16; Ef 4, 17.20-24;

J 6,24-35
Kiedy ludzie z tłumu zauważyli, że na brzegu jeziora nie ma Jezusa ani Jego uczniów, wsiedli do łodzi, dotarli do Kafarnaum i tam szukali Jezusa. Gdy zaś odnaleźli Go na przeciwległym brzegu, rzekli do Niego: “Rabbi, kiedy tu przybyłeś?” W odpowiedzi rzekł im Jezus: “Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, ale dlatego, że jedliście chleb do syta. Zabiegajcie nie o ten pokarm, który niszczeje, ale o ten, który trwa na życie wieczne, a który da wam Syn Człowieczy; Jego to bowiem pieczęcią swą naznaczył Bóg Ojciec”. Oni zaś rzekli do Niego: “Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boga?” Jezus, odpowiadając, rzekł do nich: “Na tym polega dzieło Boga, abyście wierzyli w Tego, którego On posłał”. Rzekli do Niego: “Jaki więc Ty uczynisz znak, abyśmy go zobaczyli i Tobie uwierzyli? Cóż zdziałasz? Ojcowie nasi jedli mannę na pustyni, jak napisano: „Dał im do jedzenia chleb z nieba””. Rzekł do nich Jezus: “Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale dopiero Ojciec mój daje wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu”. Rzekli więc do Niego: “Panie, dawaj nam zawsze ten chleb!” Odpowiedział im Jezus: “Ja jestem chlebem życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie”.

Za każdym razem kiedy gromadzimy się na Eucharystii uświadamiamy sobie prawdę, że w Bogu mamy najlepszego Ojca, jakiego można sobie wyobrazić! Do Niego należy cały wszechświat i On wszystko może, dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. Co więcej, serce Boga jest tak przepełnione miłością, że nie może On nie udzielać obficie swych bezcennych darów nam, swoim dzieciom. Zgromadził nas, aby nas jak zawsze obdarować.

            Z bogatej historii Księgi Wyjścia przeczytaliśmy dzisiaj fragmenty rozdziału 16, które przypominają o darze manny na pustyni. Wiemy, że dar przepiórek i dar manny był odpowiedzią Boga, za pośrednictwem Mojżesza i Aarona, na narzekania ludu. Przepiórki i manna były zawsze odczytywane przez tradycję jako oznaki troski Boga, który karmi swój lud. W szczególności manna stała się symbolem pokarmu duchowego pochodzącego od Boga, jak to interpretuje autor Księgi Powtórzonego Prawa: „Żywił cię manną, której nie znałeś ani ty, ani twoi przodkowie, bo chciał ci dać poznać, że nie samym tylko chlebem żyje człowiek, ale człowiek żyje wszystkim, co pochodzi z ust Pana” (Pwt 8, 3).

            Izrael poprzez szemranie kwestionował zdolności zbawcze Boga, a dotychczas przebytą drogę uważał wręcz za drogę śmierci. Bóg w odpowiedzi wykazuje troskę o swój lud, ale jednocześnie ukazuje swoją chwałę: objawia się w udzielonym Izraelowi pożywieniu. W zesłaniu manny pokazana została z kolei miłość Boga do Jego ludu. Tak oto interpretuje pokarm na pustyni prorok Ozeasz: „Pociągnąłem ich ludzkimi więzami, a były to więzy miłości. Byłem dla nich jak ten, co podnosi do swego policzka niemowlę – schyliłem się ku niemu i nakarmiłem je” (Oz 11, 4).

                        W Księdze Wyjścia wybija się przede wszystkim wymaganie ufności w miłosierną opatrzność Boga, która nie pozwoli, aby zabrakło pożywienia Jego ludowi. Sens Bożej opieki jest ukazany także w ostatniej wzmiance czasowej, pochodzącej wyraźnie z późniejszego okresu: „Izraelici jedli mannę przez czterdzieści lat, aż przybyli do ziemi zamieszkałej” (Wj 16, 35). Bóg więc chronił i karmił swój lud przez cały czas jego wędrówki przez pustynię. Kiedy Izraelici na pustyni prosili o żywność, Bóg dawał im dokładnie to, czego potrzebowali. Nie zrażały go nawet ich ciągłe utyskiwania. Zsyłając Izraelitom mannę na pustyni, uczył ich, by ufali Mu każdego dnia (Wj 16, 2-4). Wiele wieków później Jezus przekazał uczniom bardzo podobną naukę. Kiedy wokół Jezusa zbierały się tłumy ludzi, On bowiem nie tylko karmił ich do syta, ale dawał im więcej, niż mogli spożyć. W obu przypadkach Bóg pragnął objawić swoją miłość w taki sposób, by ludzie zechcieli zawierzyć Mu swoje życie.

            Ewangelia mówi, że tłum, który został w cudowny sposób nasycony, zaczął szukać Jezusa. Nie chciał stracić z oczu osoby, która potrafiła rozwiązać problem braku chleba. Chciałby ją nawet uczynić królem. Chrystus – który został już namaszczony na króla innego rodzaju – od razu dostrzegł, że ludzie ci pragną tylko sensacji, że są żądni spektakularnych czynów i chcieliby być świadkami dalszych cudów. Dlatego otwarcie powiedział o dwuznaczności tego poszukiwania: „Szukacie Mnie nie dlatego, żeście widzieli znaki, ale dlatego, żeście jedli chleb do sytości”.

            W tym kontekście warto przypomnieć, że czasownik „szukać” jest jednym z kluczowych słów Ewangelii według św. Jana. Ojciec szuka prawdziwych czcicieli, w duchu i w prawdzie. Jezus nie szuka ani własnej chwały, ani własnej woli, lecz chwały i woli Tego, kto Go posłał. Żydzi „szukają” Jezusa, aby Go zabić. Uczniowie „szukają” Mistrza, gdyż chcą z Nim pozostać. „Jezus zaś odwróciwszy się […] rzekł do nich: «Czego szukacie?» (J 1, 38). Są to pierwsze słowa Jezusa zapisane przez św. Jana i jest to pierwsze, fundamentalne pytanie, wobec którego staje każdy, kto chce iść za Jezusem. Pytanie to powraca w zakończeniu Ewangelii, kiedy Jezus zwraca się do Marii Magdaleny tymi słowami: „Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?” (J 20, 15). Mistrz zobowiązuje tego, kto poszedł za Nim, do postawienia sobie pytania: Czego oczekuję od Jezusa? Dlaczego Go szukam? A ostatecznie – kogo szukam? Nie wystarczy „szukać”. Trzeba również zastanawiać się nad autentycznością własnego poszukiwania. Jezus stawia nam wszystkim prowokujące pytanie: Czego szukacie?        Oczywiście, Jezus pyta nie dlatego, że nie wie; pyta, aby zmusić nas do uświadomienia sobie naszej prawdziwej motywacji i naszych prawdziwych celów. Istnieją bowiem różne rodzaje poszukiwania. Jedni szukają Jezusa, inni samych siebie. Tak niewielu szuka Jezusa po to, aby postawić Go w centrum własnego życia.

                        Tłumowi w Kafarnaum, który chciałby zamknąć Jezusa w ramach własnych oczekiwań, Jezus przedstawił dwa rodzaje pokarmu: „ten, który ginie” oraz „ten, który trwa na wieki”. Tłum był przywiązany do chleba materialnego. Nie potrafił się wznieść poza ziemski horyzont. Jezus nie odrzucił tego chleba, nie zlekceważył jego znaczenia, nie był obojętny na elementarne potrzeby człowieka (dokonał przecież cudu rozmnożenia chleba). Wiedział jednak, że „nie samym chlebem żyje człowiek” (Mt 4, 4). Przyszedł, aby mu dać inny chleb. I dlatego Jezus wzywa tłum, aby troszczył się „nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki, a który da wam Syn Człowieczy”.

W takim kontekście ludzie zebrani wokół Jezusa zadali Mu proste pytanie: „Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże?”, a On udzielił im równie prostej odpowiedzi: „Na tym polega dzieło zamierzone przez Boga, abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał” (J 6, 28-29). Największym „dziełem Bożym”, które mamy wykonać, jest otwarcie dla Niego naszych serc, aby On mógł je napełnić i przemienić. Nic nie raduje Ojca bardziej niż ufność i posłuszeństwo Jego dzieci.         Ludzie myślą o tym, co mają zrobić, myślą o spełnianiu dobrych uczynków, którymi zasłużą sobie na aprobatę Boga. Jezus odpowiedział, że podstawowym „dziełem” jest wiara. Wiara jest zaś przede wszystkim darem, a dopiero później odpowiedzią człowieka.

            Jezus powiedział ludziom, że nie zrozumieli, iż chleb, który jedli do syta, miał być dla nich znakiem innej rzeczywistości. Ludzie widzieli, dotykali i jedli chleb, nie zdając sobie sprawy z głębszego znaczenia słów Jezusa o pokarmie, który nie ginie, ale „trwa na wieki” (J 6, 27). Podobnie Efezjanie doczekali się upomnienia, aby „nie postępowali tak, jak postępują poganie, z ich próżnym myśleniem”, ale że „trzeba porzucić dawnego człowieka” i „odnawiać się duchem w waszym myśleniu” (Ef 4, 17.22-23). Tylko odnowiony umysł jest w stanie zrozumieć prawdę o Jezusie Chrystusie.

Jezus wezwał do wewnętrznego zaangażowania, do czegoś zupełnie przeciwnego, niż oczekiwał lud. Jezus wzywa do wiary w Ojca i „Tego, którego On posłał” (J 6, 29). Obiecał zaspokojenie wszystkich pragnień człowieka: „Kto do Mnie przychodzi nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie” (J 6, 35).

            Trzeba, aby Chrystus przekonał nas, że nasze pożywienie nie wystarczy, że jest w nas inny głód i inne pragnienie, któremu należy przyznać właściwe mu miejsce, nawet jeśli go nie odczuwamy (duch jest dyskretny, cichy, nie krzyczy, nie domaga się swoich praw w hałaśliwy sposób…).

            Tłum szedł za Jezusem, ponieważ był głodny. Dzisiaj perspektywa radykalnie się zmieniła. Pozwalamy sobie na luksus marnowania chleba. Każdego ranka w wielkich miastach kosze na śmieci nie mogą pomieścić odpadków. Chrystus zaprasza nas, abyśmy szli do Niego, a wówczas nie będziemy już ani łaknąć, ani pragnąć. My jednak już teraz nie czujemy ani głodu, ani pragnienia. A zatem – dlaczego mielibyśmy gdziekolwiek iść? Nie chcemy nigdzie iść, gdyż jesteśmy syci, zadowoleni. O chleb i napój zadbaliśmy sami, bez pomocy Chrystusa. I to jest właśnie nasz dramat. Nie czujemy już głodu. Jest prawdą to, że wypchany żołądek sprawia, że stajemy się otępiali, senni. I chyba dlatego tak trudno jest nam zbliżyć się do Jezusa, gdy On zaprasza i gdy ciągle nam przypomina: „Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie”. Może ciągle nie rozumiemy, kim naprawdę jest Bóg, i wątpimy w to, czy rzeczywiście zaspokoi On nasz głód. Być może sądzimy, że musimy zapracować na Jego miłość, spełniając dobre uczynki. Może przeżyliśmy rozczarowanie w relacjach z ludźmi i trudno jest nam uwierzyć, że Ojciec niebieski kocha nas takimi, jakimi jesteśmy. Bogu bardziej zależy na osobistej więzi z nami niż na naszej doskonałości, bo wie, że im mocniej będziemy Go kochali, tym bardziej będziemy się czuli przynaglani, by zachowywać Jego przykazania. Zbliżmy się do Niego z wiarą, ufając, że tylko On może zaspokoić najgłębsze pragnienia naszego serca.

            Zakończmy naszą refleksję modlitwą: Panie, spraw, abyśmy zobaczyli, że nasze codzienne posiłki, nawet jeśli są (nazbyt) obfite, są niewystarczające. Daj, abyśmy odczuli potrzebę „chleba życia”. Przywróć nam głód tego chleba. Chleba, który jest godnością, wolnością, wartością duchową, Słowem, sumieniem. Daj, abyśmy zobaczyli, że tylko ten chleb, który Ty dajesz, więcej, którym Ty jesteś, sprawia, że nasze życie jest prawdziwe. Kto wie, może kiedy przestaniemy czuć sytość, wreszcie zaczniemy Cię szukać. I tym razem z właściwych powodów. Zmiłuj się nad nami, nad naszym niepokojącym brakiem głodu. Pomóż nam, gdyż nie czujemy już głodu. Dokonaj cudu chleba, nawet jeśli widzisz, że mamy wystarczająco wiele rzeczy, które możemy włożyć do ust. Być może nadeszła chwila, aby ze skruchą powiedzieć Ci: „Panie, daj nam tego chleba”. Amen.

ks. dr Ryszard Kempiak sdb